👉 Wszedłem do budynku wyglądającego jak jakiś żart, który sam się opowiedział, zostawiłem swój cień w holu, gdzie światło nie rzuca nigdy prawdziwych rysów.
Wieżowiec. Pionowy nagrobek, stalowe zęby w betonowych ustach zbyt uprzejmych, by krzyczeć. Powiedzieli, że to będzie praca na giełdzie. Nie była. Było to powietrze sprzedawane w workach, wspomnienia wynajmowane fikcjom.
👉 Była tam kobieta, która zginęła dwa piętra wyżej. Powiedzieli „sprawa nierozwiązana”. Mieli na myśli: „Nie badamy spraw, które już pogrzebaliśmy”.
Mówiła zbyt głośno. Miała twarz. I ją jej odebrali. Teraz inni poruszają się po korytarzu z porcelanowymi profilami, białymi jak nadmierna ekspozycja.
Kiwają głowami. Mrugają. Ale za oczodołami nie ma nic, nawet szumu, tym bardziej łez.
👉 Nie powinno mnie tu być. Nie zostałem zatrudniony. Zostałem wchłonięty. Powiedziałem „nie, dziękuję”, a oni usłyszeli „idealne dopasowanie”.
Winda leciała w szklanym tunelu. Dwadzieścia jeden pięter, czas nie upływał. Przyciski do bidetów, przyciski do myślenia. Moim zadaniem było kłamać. Sprzedawać nazwiska, których nie powinienem znać, ludziom, którzy nie prosili, by ich odnaleziono.
Baza danych była mapą krzyków, które słyszałem tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył.
👉 Nie ma tu nikogo prawdziwego. Uśmiechy recepcjonistek są sztuczne, jak manekiny w salonie wystawowym, które przymierzają emocje jak linię kosmetycznych produktów.
Kiedy się śmieją, słyszę lukę między klatkami. Kiedy chodzą, widzę opóźnienie kodu za kompilacją. Żadnych odcisków palców. Żadnych zapachów. Tylko miejsce zastępcze zbudowane dla funkcji. Jednostajny i wydajny system.
Jedzą lunch razem w ciszy. Żują, ale nie połykają. Nigdy nie patrzą sobie w oczy. Nawet we własnych odbiciach w lustrzanych ścianach.
👉 Zbyt późno się zorientowałem. Że w tym biznesie nie chodziło o liczby, ale o ciała. Wysyłane. Wystawiane. Cięte. Ludzkie zwierzęta domowe dla bogatych kolekcjonerów, którzy nie potrafią kochać rzeczy, jeśli nie cierpią. Kupują, by zatuszować swój egoizm, by chłostać przyjemnością swoje potrzeby.
Ci, którzy się odezwą, zostają wyeliminowani. Ich twarze są archiwizowane w statycznym obrazie.
👉 Przyjąłem ich ofertę. Kupili mnie za pomocą narożnego biura i zapisali czcionkami Lucida Sans. Teraz już przestanę mrugać, chyba że pokój się zresetuje.
Przyszedł do mnie wczoraj kierownik o upiornym profilu. Powiedział mi, żebym przestał myśleć. Powiedział: „Znowu sprawiasz, że to staje się rzeczywistością”. Odpowiedziałem: „To zawsze było rzeczywistością”. Nie powiedział więcej nic, ponieważ nie miał już w sobie prawdy.
👉 Jestem znowu w windzie. Ściany topią się w szkle i widzę ich wszystkich: rzędy pustych ludzi w garniturach, których nie wybrali, idących donikąd, szwendających się, nie mających dokąd pójść.
A ja wciąż spadam w górę, jak odwrócona do wewnątrz dziura.
Ten budynek nie ma końca. Zapomniałem tylko, że kiedykolwiek próbowałem go opuścić. Tylko echa wierzą teraz, że kiedykolwiek tu byłem.
👉 Nie mam usprawiedliwienia. Przyjąłem te kajdany, ponieważ jestem biedny. Zostałem ujarzmiony przez tą zdegenerowaną korporację. Zapłata? Zawsze nie w czasie. Tylko ekwiwalent i cyfrowy bon. Więc cierpię nadal w tym zatrutym systemie, stawiając się, eksponując i wydalając o zadanej porze.
Jeśli podejmę decyzję o opuszczeniu tego systemowego więzienia, to stanie się podobnie jak z tą zaginioną kobietą. W systemie wstawią stempel przy kolejnym nazwisku - „sprawa nierozwiązana” i koniec.
***
Jan. Miro.
1420
0126










