Jak
to możliwe, że ludzie mogą czerpać przyjemność z nieprzyjemnych
stanów? To pytanie porusza David Hume
(1711-1776) w swoim eseju O tragedii, który leży u
podstaw długotrwałej dyskusji filozoficznej na temat tragedii.
Weźmy
na przykład horrory. Niektórzy ludzie są przerażeni, oglądając
je, lub nie śpią przez wiele dni. Dlaczego więc to robią?
Dlaczego siedzą przed ekranem podczas oglądania horroru?
Współczesne
kino serwuje nam całą gamę filmów grozy, a także science-fiction
(które w wielu przypadkach podpadają pod tę samą kategorię
filmów-horrorów). Treści te wywarły niesamowity wpływ na osoby
urodzone podczas boomu demograficznego po drugiej wojnie światowej i
w pewnym stopniu to one zwiększyły zainteresowanie naszego
społeczeństwa potwornymi historiami. W tym momencie horror tworzy
naszą codzienność, a motyw grozy regularnie przewija się w
książkach, filmach, wideoklipach, musicalach, teatrze, sztuce,
muzyce, komiksach i co ciekawsze w grach, które umożliwiają nam
interaktywne przeżywanie doświadczenia grozy. Źródeł horroru
możemy doszukiwać się w XVIII-wiecznej powieści gotyckiej, za
której naczelny przykład możemy uznać „Zamczysko Otranto”
Horace'a Walpole'a. Za prekursora gatunku horroru można uznać
powieść „Frankenstein” Mary Shelley. W I połowie lat 70. XIX
wieku, kiedy gatunek został rozpowszechniony i zajął miejsce w
głównym nurcie kultury, w 1973 roku powstała ekranizacja
„Egzorcysty”, a w 1975 roku na ekranach kin pojawiły się
„Szczęki”.
Jasne
jest, że czasami lubimy być widzami tragedii. Choć może to być
codzienna obserwacja, reakcje nasze są zaskakująco różne.
Rzeczywiście, widok tragedii zazwyczaj wywołuje w widzu odrazę lub
podziw. Ale odraza i podziw to nieprzyjemne stany. Jak więc możliwe
jest, że lubimy nieprzyjemne stany?
Nieprzypadkowo
Hume poświęcił temu tematowi cały esej. Rozwój estetyki w jego
czasach zbiegł się z odrodzeniem fascynacji horrorem. Kwestia ta
zaprzątała już uwagę wielu starożytnych filozofów. Oto na
przykład, co mieli do powiedzenia na ten temat rzymski poeta
Lukrecjusz i brytyjski filozof Thomas Hobbes.
„Jakąż
to radość, gdy na morzu sztormowe wiatry smagają wody, patrzeć z
brzegu na ciężki stres, jaki znosi inny człowiek! Nie żeby czyjeś
cierpienia były same w sobie źródłem rozkoszy; ale uświadomienie
sobie, od jakich kłopotów jesteś wolny, jest prawdziwą radością”.
[Lukrecjusz, O naturze Wszechświata, Księga II].
Z
jakiej namiętności bierze się to, że ludzie znajdują przyjemność
w oglądaniu z brzegu niebezpieczeństwa tych, którzy są na morzu w
czasie burzy lub w walce, lub z bezpiecznego zamku, aby oglądać
dwie armie szarżujące na siebie w polu? To z pewnością w całym
znaczeniu radość. W przeciwnym razie ludzie nigdy nie gromadziliby
się na takim widowisku. Niemniej jednak jest w tym i radość, i
smutek. Ponieważ jest tam nowość i wspomnienie [własnego]
bezpieczeństwa, co jest rozkoszą; tak samo jest tam również
litość, co jest jakimś wyrazem smutku. Ale rozkosz jest tak dalece
dominująca, że ludzie zazwyczaj zadowalają się w takim
przypadku byciem widzami nieszczęścia swoich przyjaciół. [T.
Hobbes, Elementy prawa, 9.19]
Jak
więc rozwiązać ten paradoks?
Więcej
przyjemności niż bólu
Pierwsza
próba, dość oczywista, polega na twierdzeniu, że przyjemności
związane z każdym spektaklem tragedii przeważają nad
bólem. „Oczywiście, że cierpię, oglądając horror; ale ten
dreszczyk emocji, to podniecenie, które towarzyszy temu
doświadczeniu, jest całkowicie warte trudu”. W końcu, można by
powiedzieć, że wszystkie najprzyjemniejsze przyjemności wiążą
się z jakąś ofiarą; w tej sytuacji ofiarą tą jest przerażenie.
Z
drugiej strony, wydaje się, że niektórzy ludzie nie znajdują
szczególnej przyjemności w oglądaniu horrorów. Jeśli w
ogóle jest jakaś przyjemność, to przyjemność z bycia w bólu.
Jak to możliwe?
Ból
jako katharsis
Drugie
możliwe podejście widzi w poszukiwaniu bólu próbę znalezienia
katharsis, czyli formy wyzwolenia czy oczyszczenia, od tych
negatywnych emocji. Już w starożytności Arystoteles
zauważył, że celem
przeżywania tragedii jest katharsis.
To
poprzez nakładanie na siebie jakiejś formy kary znajdujemy ulgę od
tych negatywnych emocji i uczuć, których doświadczyliśmy.
Jest
to, koniec końców, starożytna interpretacja siły i znaczenia
tragedii jako formy rozrywki, która ma na celu podniesienie naszego
ducha, pozwalając nam przezwyciężać traumy.
Ból
jest czasami zabawny
Jeszcze
inne, trzecie podejście do paradoksu horroru pochodzi od profesora
filozofi Berysa Gauta. Według niego, bycie w zachwycie lub bólu, w
cierpieniu, może w pewnych okolicznościach być źródłem
przyjemności. To znaczy, że drogą do przyjemności jest ból. W
tej perspektywie przyjemność i ból nie są tak naprawdę
przeciwieństwami: mogą być dwiema stronami tej samej monety.
Dzieje się tak, ponieważ to, co jest złe w tragedii, to nie
wrażenie, ale scena, która takie wrażenie wywołuje. Taka scena
jest powiązana z przerażającą emocją, a to z kolei wywołuje
wrażenie, które ostatecznie uważamy za przyjemne.
Można
mieć wątpliwości, czy pomysłowa propozycja Gauta okazała się
słuszna, ale paradoks horroru bez wątpienia pozostaje jednym z
najbardziej interesujących tematów w filozofii.
Jan. Miro.