piątek, 13 grudnia 2024

Ballada o Mściwym Donaldzie


 

 Ballada o Mściwym Donaldzie

 

Czyli obiecanki cacanki, a głupiemu radość...

 

Mściwy Donald wchodzi we mgłę, zegar bije dwunastą,
 płaszcz ma czarny, a w oczach żar i stal;
 krok ma twardy jak obietnica, co skruszyć chce swą dynastią,
 w ciemną noc sięga po broń, by zacząć zemsty bal.

W dłoni trzyma winy, tych którzy podnosili wrzask,
 każde słowo to cegła w murze gniewu i żalu;
 szepcze imiona winnych, co mu zgasili
dawny blask,
 wlecze je przez ulice, jak w ponurym balu.

Na progach starych domów zostawia zimny ślad,
 świat wokół milczy i wstrzymuje oddech;
 jego uśmiech ma cierpkiej soli skład,
 idzie dalej cicho, by popełnić zemsty grzech.

Księżyc kroi powietrze i rzuca fragmenty na płot,
 a on liczy swoje rany jak monety w dłoni;
 mściwy Donald pamięta wszystko — każdy gest, każdy splot,
 i zbiera każdy dług z tych, co złamali mu szpony.

Lecz zemsta ma wagę, co łamie mosty bez cienia,
 zostawia zimne pustki tam, gdzie był kiedyś żar;
 on staje przed lustrem i widzi twarz bez imienia,
 serce mu bije głośno — czy to zwycięstwo, czy dopiero start?

W końcu znika z bruków, gdzie echo jego kroków
 jak kamyk w stawie krąży, i powoli gaśnie w cieniu dnia;
 zostaje po nim tylko szept podobnych mu zboków —
 mściwy Donald odchodzi, kołysząc się na konarach pnia.

 

 ___________________________________________

Jan. Miro.

13 20
 12 24 

I rocznica