Chirurgia prawdy
Rozcinam kłamstwo jak zgniłe tkanki,
co utworzyło wokół siebie bańki.
Pod skórą świata — fałszu zbiorniki,
gdzie gniją słowa, co były krzykiem.
Kłamstwo się broni, syczy jak zwierzę,
gryzie mnie w palce, pluje w powietrze.
Lecz ja je chwytam żelaznym uchwytem,
wyrywam z rdzenia te martwe mity.
Na stole leży półmrok zdarzeń,
pulsuje w żyłach strach i fałsz.
Kłamstwo jak guz się rozrasta skrycie,
pożera sens, zatruwa życie.
Wypalam fałsz jak chirurg żelazem,
aż dym się wznosi nad całym obrazem.
Nie ma tu miejsca na delikatności —
prawda wymaga brutalnej złości.
Czasem natrafiam na czarne guzy,
co latami rosły w ludzkiej iluzji.
Trzeba je ciąć aż do kości rdzenia,
bo tylko wtedy powrócą zamyślenia.
Krew się miesza z resztkami pozoru,
spływa po stole w rytmie oporu.
Ale ja wiem — to konieczny zabieg,
by świat przestał być trupem i śnić na jawie.
Gdy kończę pracę, zostawiam ciszę,
co po bitwie się w pustce kołysze.
Prawda leży naga, drży, jeszcze się mieni —
właśnie wróciła do swoich korzeni.
A blizny? Będą. I dobrze, że będą.
Bo tylko one świadczą o sednie:
że prawda, choć twarda jak zimne ostrze,
jest jedynym życiem, które naprawdę rośnie.
_______________________________________
Jan. Miro.
26 19
06 89
==||==

