Ballada o Mściwym Donaldzie
Czyli obiecanki cacanki, a głupiemu radość...
Mściwy Donald wchodzi we mgłę, zegar bije dwunastą,
płaszcz ma czarny, a w oczach żar i stal;
krok ma twardy jak obietnica, co skruszyć chce swą dynastią,
w ciemną noc sięga po broń, by zacząć zemsty bal.
W dłoni trzyma winy, tych którzy podnosili wrzask,
każde słowo to cegła w murze gniewu i żalu;
szepcze imiona winnych, co mu zgasili dawny blask,
wlecze je przez ulice, jak w ponurym balu.
Na progach starych domów zostawia zimny ślad,
świat wokół milczy i wstrzymuje oddech;
jego uśmiech ma cierpkiej soli skład,
idzie dalej cicho, by popełnić zemsty grzech.
Księżyc kroi powietrze i rzuca fragmenty na płot,
a on liczy swoje rany jak monety w dłoni;
mściwy Donald pamięta wszystko — każdy gest, każdy splot,
i zbiera każdy dług z tych, co złamali mu szpony.
Lecz zemsta ma wagę, co łamie mosty bez cienia,
zostawia zimne pustki tam, gdzie był kiedyś żar;
on staje przed lustrem i widzi twarz bez imienia,
serce mu bije głośno — czy to zwycięstwo, czy dopiero start?
W końcu znika z bruków, gdzie echo jego kroków
jak kamyk w stawie krąży, i powoli gaśnie w cieniu dnia;
zostaje po nim tylko szept podobnych mu zboków —
mściwy Donald odchodzi, kołysząc się na konarach pnia.
___________________________________________
Jan. Miro.
13 20
12 24
I rocznica







